Kiedyś nie bałam się samotności. Myślałam, że zawsze będę miała wokół siebie wielu przyjaciół, kochającą rodzinę. Jak głupie dziecinne marzenia potrafią zepsuć dalsze życie... Teraz jestem przerażona każdym dniem, gdy nie mogę mieć Cię blisko. Kiedy nie mogę usłyszeć tego wiecznie naćpanego głosu, mówiącego, że jestem śliczna. Każdy dzień bez szczęścia to kolejna porcja ziemi wykopana na mój grób. Jestem silna. W jego ramionach czuję się taka bezradna, bezsilna, niewinna, taka... cała jego. Pierwszy raz czuję się kimś wyjątkowym. Kimś ważnym. Być może najważniejszym. Ufam mu. Wiem, że przejdziemy przez ten świat obok siebie. Krok w krok. Dłoń w dłoń. Ramię w ramię. Oko w oko. Pokonamy wszystko. Do tego potrzeba tylko odrobiny czułości, bliskości, zrozumienia. Mamy to. Więc dlaczego nie jest dobrze? Dlaczego sobie nie radzimy? Dlaczego ranimy się nawzajem? Dlaczego mimowolnie to wszystko niszczymy? Trudne pytania bez odpowiedzi. Drzwi do nieba, za którym jest piekło, otwarte. Początek początków. Koniec końców. Życie na krawędzi. Stąpamy po cienkiej krawędzi nienawiści i miłości. Ale mimo wszystko, mimo co by się nie stało, zawszę będę przy nim i oddam wszystko za jego szczęście.
Szczerze z serca, o wszystkim, o życiu, ale głównie o miłości. "List do K" pisane z dedykacją dla pana, który 15.04.2013 oficjalnie zajął lożę honorową w moim sercu. Nie opuścił jej i szybko tego nie zrobi. Mimo to mam nadzieję, że ktoś, tam na górze, da nam szansę, by iść za rękę krętymi ścieżkami życia i stworzyć dla nas własny Eden. Spełniać marzenia, kochać się i być szczęśliwymi tworząc coś co zamknięte w jednym prostym słowie. Zbudujmy to i trwajmy razem na wieczność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz